wtorek, 30 stycznia 2018

Recenzja "Confess" Collen Hoover

Naprawdę nie mam pomysłu na wstęp. Zazwyczaj słowa same układają się w mojej głowie, tak że recenzowanie książki zajmuje mi góra dziesięć minut, ale dziś jest inaczej... I to o dziwo nie dlatego, że tak bardzo zakochałam się w tej książce (bo to nie prawda) ale dlatego, że mam chyba jakiś gorszy pisarski okres. No, ale nic. Spróbujmy 🌝

Confess

Zaczynając tę książkę nie do końca wiedziałam czego się spodziewać. Z jednej strony wszyscy uwielbiają Collen, więc teoretycznie mi także powinna przypaść do gustu, a z drugiej strony była to pierwsza książka jej autorstwa, którą miałam czytać. Muszę się przyznać do ominięciu kilku opisów, bo powieść jest przepełniona rozważaniami bohaterów, które mnie trochę nudziły. Między innymi przez nie książkę czyta się tak długo, pomimo że liczy niecałe trzysta stron. Jednakże z przyjemnością stwierdzam, że ogólny pomysł na fabułę mi się spodobał. Zauroczył mnie Owen, który mimo wszystkich przeciwności nigdy do końca nie zrezygnował z Auburn, którą kochał od dnia, kiedy pierwszy raz ją zobaczył (nie macie pojęcia ile razy czytają tą książkę musiałam robić miejsce na krótkie "Awwww")
Pani Hoover ma bardzo przyjemny i prosty styl. Nie musiałam się wysilać, żeby zrozumieć o co jej chodzi. Postacie są skonstruowane w taki sposób, że jeśli autorka postanowiła, że nie będą lubiane, to faktycznie ich nie lubisz! Najlepszym dowodem na to jest Trey - brat Adama, czyli pierwszego chłopaka Auburn.
Podobała mi się idea tego, że Owen malował swoje obrazy na podstawie wyznań i to, że wszystkie użyte przez autorkę wyznania są prawdziwe 
No i na koniec nie da się nie wspomnieć o bajecznej okładce 💓 Rozchlapana farba oddaje klimat książki. Skupiasz się na ogóle tak bardzo, że nie zauważasz twarzy ukrytej w tytule.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recenzja "Lalkarza z Krakowa" R. M. Romero

 Czuję się dumna, że zagraniczny pisarz stworzył opowieść, której akcja dzieje się w Polsce 😊Dodatkowo w mieście leżącym niecałe dwie godzi...